I nagroda Konkursu Warszawa Noir: Karaluchy (Emilia Wanat)

Śledź Claroscuro na Facebooku

Zamów nasz Newsletter


Karaluchy

To była najpiękniejsza istota, jaką widziałem w życiu. A tydzień wcześniej skończyłem dwadzieścia miesięcy, więc już swoje wiedziałem.

Wybrałem się wtedy z moją nianią na Plac Europejski. Wielkomiejska klasa średnia mieszała się tu z lokalnym wolskim kolorytem. W jednym z tutejszych biur pracowała mama i w południe schodziła na dół na lunch.

Nie byłem głodny, więc poszedłem pobiegać między fontannami. I wtedy właśnie ją ujrzałem. Wyłoniła się z wody jak syrena. Poprawiłem czapkę i wsadziłem do ust smoczek.

Była sporo starsza ode mnie. Miała może jakieś pięć lat. Na jej ręce zauważyłem świeże siniaki. To nie była dziewczyna dla mnie, ale to nie miało wtedy znaczenia.

Siedzieliśmy obok siebie i moczyliśmy nogi. Chwila wydawała się wiecznością.

Nasza idylla nie trwała długo. Zza węgła wyłonił się jakiś facet. Śmierdział wódą na kilometr. Próbowała mu się wyrwać, ale nie miało to najmniejszego sensu.

Żaden z tych warszawskich japiszonów nawet nie kiwnął palcem. Przypatrywali się temu wszystkiemu z odrazą, jaka towarzyszy człowiekowi, gdy zobaczy karalucha. Jezu, ale się wtedy rozryczałem.

Mama wzięła mnie na ręce i mocno przytuliła. Dlaczego nic nie zrobiła? Jest przecież dorosła do cholery. Chciałem jej wszystko wykrzyczeć.

Tylko że ja przecież nie potrafiłem jeszcze mówić. Z moich ust wypłynął jedynie nieskładny potok słów. Czułem się jak głąb.

Dziewczynka już nie wróciła na plac.

Życie stało się nie do zniesienia. Ja też. Mama wsadzała mnie wtedy za karę do mojego łóżeczka. Oglądałem więc świat zza drewnianych krat.

Podczas spacerów szukałem jej w tłumie przechodniów. Sunąc przez miasto moim trójkołowym baby joggerem, rozmyślałem, czy ją jeszcze kiedyś zobaczę.

*

To było jakoś później, chyba zimą. Pewnego poranka mama czytała gazetę. Na okładce widniało czarno-białe zdjęcie, nad którym straszył krzykliwy nagłówek. Nie, nie potrafię Ci powiedzieć, co tam było napisane. Nie umiałem przecież czytać.

Była piękna. Taka, jaką ją zapamiętałem. Ale ta czerń i biel były nie do zniesienia. Zdjąłem z półki swoje nowiutkie kredki, które dostałem od dziadków.

Czerwienią musnąłem jej małe usta. Pastelową żółcią przeczesałem włosy. Różowym podkreśliłem odcień jej skóry.

Dziś, jako dorosły facet, obserwuję, jak jakiś człowiek w autobusie szarpie swoją córkę. Z wyrazem twarzy, jakim patrzę na karaluchy.

Strona główna | Tytuły | Zapowiedzi | Autorzy | Kup książkę | O nas | Kontakt

© 2017 Claroscuro Sp. z o.o.